niedziela, 28 lutego 2016

lubię zmierzch

ciemne i jasne
ciepłe i zimne
dzień i noc
wszystko się w nim zawiera
a jednak
zmierzch pozostaje niezauważony

można łagodnie na dno zejść
oswoić cień, oswoić lęk
można spokojnie trwać w tej szarej głębi
i gładko wejść w nowe

schodzę na dno jaru
płoszę zająca
niemłody już grab daje oparcie plecom
drobne krople deszczu obmywają twarz
szum strumienia i tylko on
obmywam dłonie
zatapiam się

wdech-wydech
   jest tylko to, co jest
wdech-wydech
   gdzie moje emocje?
wdech-wydech
   ileż nietrwałości w każdej sekundzie

   wiewiórka skrzeczy na mnie z pobliskiego buka
   taka jestem maleńka w tym wielkim świecie wąwozu
drzewa, które podpierały niejedne plecy kochanków
które wysłuchały płaczu o niejednej śmierci
które zrodziły w swych korzeniach niejedno życie

   myszołów przelatuje mi nad głową
skały złamane tysiącami lat
oplecione korzeniami
stanowią o mocy coraz słabszej Ziemi

serce zaczyna płakać nad wysypiskiem śmieci
które ten mały-wielki człowiek postanowił podarować w podzięce
swemu Źródłu

tu nie ma miejsca na ludzkie marne łzy o tęsknocie czy bólu
tu trzeba stanąć
z prawdziwie otwartym sercem wojownika
twarzą w twarz z Życiem

piątek, 22 stycznia 2016


śnieg wyjątkowo pięknie dziś lśni na naszej łące
w wysokich trawach odbijają się słońca promienie
błyszczy się bielą przestrzeń gór 

chochliki radości skaczą pomiędzy mną a ognistą kulą słońca
patrzę aż do bólu prosto w twarz tej ożywczej energii

oaza ciszy

przeżywam ulotność każdego teraz 
rozkoszując się zachodzącym za górą słońcem
nietrwałość chwili, relacji, rzeczywistości
nietrwałość porannego smutku i obecnego błogostanu

ogarnia mnie niesamowite wzruszenie
to dzięki tej słonecznej energii istnieję
dzięki niej zjadłam dziś fasolę 
dzięki niej w moim piecu tlą się polana
dzięki niej mam moc, by otworzyć oczy
...
jesteśmy tak absolutnie współzależni

klęczę na zmarzniętej ziemi 
z wdzięcznością i pokorą kłaniam się słońcu
twarz zanurzam w śniegu
zimno płatków miesza się z ciepłem radosnych łez
w modlitwie unoszę twarz ku niebu
...
jesteśmy tak absolutnie wolni

pies szczeknięciem wprost w moje ucho wyrywa mnie z pustki
wybucham śmiechem

czas wracać do domu
dzień za dniem próbując przypomnieć sobie kim jestem
dzień za dniem próbując zbratać się ze słońcem



czwartek, 29 października 2015




ziemia tak lekko sunie w przestrzeni
za oknem tętni życie
w smugach jesiennego słońca fruwają pajęczyny
znów odwiedza mnie ważka
wzruszeniem życia spływa łza

koniec października
tańczę po łące bosymi stopami
wśród ostów
dziecko zasypia przy mlecznej piersi
kołysane rytmem miłości

stokrotki jesienią smakują inaczej
bliskością natury
śmieje się serce

okrzyk kruka



środa, 30 września 2015


pracowity czas, dojrzały już plony lata
gałęzie łamią się pod ciężarem owoców
dziecko nieustannie podjada spadające jabłka
wiewiórki perfekcyjnie wygryzają dojrzałe orzechy spomiędzy twardych skorup
dzikość róży kaleczy dłonie do krwi
z psich misek dochodzi chrupanie żywych jeszcze niedawno kości

ziemia rodzi nieustannie
karmiąc nas 
powietrzem
owocami
deszczem

owocne zbiory pełni

niebo spowite granatem
blask na wschodzie krwawego księżyca

współczująca obecność Nauczycieli
przejawia się we śnie

błogość
rozbrzmiewa w ciele i umyśle

budda na wyciągnięcie ręki


pełnio,
czyś prorocza?

poniedziałek, 22 czerwca 2015


twórcza moc tkania niepostrzeżenie oplata nam dom
kokony pajęcze
sieć spontanicznie kreuje nieskończone możliwości


patrząc poprzez przestrzeń
matkę żywiołów

- błogość rozlewa się w cennym ludzkim ciele
pustość chroni umysł przed iluzją


kot wyleguje się w świeżym sianie
pies niestrudzenie kontynuuje samsaryczną pogoń za symbolicznym szczęściem
zaklętym w kawałku drwa
dziecko stawia śmiałe kroki w kierunku bujnego ognia


jestem i nie istnieję
zabawa umysłu w byt

latem owoc dojrzewa


kruki moje
strażnicy pustki, towarzysze kręgu
trzy pary skrzydeł hałaśliwie zawisają mi nad głową

a ponad
tęcza okala słońce


doskonałość chwili
bez czasu, bez przestrzeni

natura umysłu

czysta
przejrzysta
esencja


burzowe chmury
wędrowanie z psami w trawach po pas
smak poziomek w ustach dziecka




sobota, 17 stycznia 2015

jak dobrze, że jest zima
wyspanym okiem można każdego dnia praktykować
wschody słońca
wspaniałe lekarstwo
lęk, smutek czy gniew
rozpływają się się w tym niepojętym
źródle radości
ot, niebo, kolory, promienująca ciepłem kula
a jednak nikt nie pozostaje
niewzruszony
wschód słońca
najlepszy nauczyciel nietrwałości
swobodnie, jakby od niechcenia
przypomina o praktyce Obecności
ukazuje wspaniałość tu
i lekkość teraz
Synu
wiele jeszcze czasu minie, nim mądrością pojmiesz świadomość i jej niedosyt
rozróżnisz piękno i brzydotę
nim wzruszysz się pierwszymi promieniami
zachwycisz kolorem chmur
ucieszysz tańcem sikorek
tyle codzienności jeszcze przed Tobą
tyle nauk o cieple ognia i halnym wietrze
o nocy, wilkach i górskich strumieniach
dziś
przelana krew i wzniosłość świtu
mają dla Ciebie
jeden smak


niedziela, 11 stycznia 2015

stół kuchenny - siedzisko miłe
dla podróży piśmiennych
za plecami okno
doszczelnione prowizorycznie, acz skutecznie
listewka, gwóźdź, skrawek materiału

łup
zsuwa się z dachu łomotem
połać śniegu
a i sople ociepleniem zmalały
zza ramienia zerka na mnie księżyc
ni to pełnia, ni nów
może kwadra ostatnia
przysnuwa ją najcieńszy kraniec świerku
piszę do Przyjaciela
ot tak
dzieląc się wiatrem, zmierzchem, samotnością
przedsenne zadumanie w twarz złocistej kuli
z dźwiękiem uśmiechu
rozbłyska na szybie kropla
wiatr przywiódł nocny deszcz
patrzę na śpiącego syna
drobna rączka uniesiona w górę
twarz zrelaksowana, spokojna
ileż miłości w jednym spojrzeniu
za naście lat odrzuconej
czy zwyczajnie zapomnianej
tylko tyle, i aż
mogę Wam podarować
świetliste istoty mego człowieczeństwa