niedziela, 27 stycznia 2019

idę
nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą

wchodzę w las

coraz głębiej
coraz ciszej

wiosennie dziś 

choć śniegu w bród
ptaki śpiewają 
skaczą radośnie po gałęziach 
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis 

opuszki palców

zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna

mijam ambonę
schodzę w dół


męskie, myśliwskie ślady

wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie

słońce srebrzy biel dookoła

ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy

siadam

opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem

zbocze jest strome

przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać


rośnie poczucie mocy

wolności
jasności

kłaniam się Ziemi

muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie

jestem u źródła


drzewo i ziemia są moim łóżkiem

dłoń zsuwa się 

słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu

szukam i odnajduję

rozkosz

śnieg mi dziś łóżkiem

oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi

jestem w Domu

i to jest rozkosz

kładę twarz na śniegu

a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości

zagryzam śnieg w skowycie

jest tylko to, co jest

śmieje się twarz do słońca


wracam do domu

cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku

wtulam się w starego buka

oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę

wdzięczność lśni pod powiekami