czwartek, 17 października 2019

jabłko
bogactwo jesieni
wgryzam się w słodycz słońca
sok cieknie palcami

żyjemy w raju
a przecież
wariacje umysłu tworzą piekło

tymczasem błogość

zrzucam buty
stopa żądna ziemi
dotyku życia

mijam rozrytą pyskami dzików łąkę
liście chorującego klonu szeleszczą mi pod stopami
koniki polne uciekają przed dźwiękiem moich kroków
wchodzę na zaorane pole
grudki ziemi wciskają się między palce
pięta zostawia wyraźne ślady

połowa października
jakże dziś słodka z tym ciepłym wiatrem i jesiennym słońcem

odpoczywam przy dębie
zrzucam ubrania
krępującą bieliznę
wracam do siebie
do pierwotnej natury

myszołów kołuje
kruk łagodnie wzywa
sójka ostrzega leśnych mieszkańców
rankiem dzięcioł ostukiwał modrzew domu
obok ucha przelatują sikorki dwie
ptaki tutejsze
wszechobecne
towarzyszące co dzień
jakże je kocham

muzyka nieustająca
muzyka dzikiego życia
choć przecież jesteśmy

wiosną pożar pożarł tu kawał łąki
pogorzelisko już obrośnięte pomiędzy czernią
ignorancja ludzka
nieustannie mnie zadziwia

niebo dziś w pełni błękitu
jak to słodko nagie ciało wbić w pierwotność ziemi
osmagać kształt własnego ja halnym
ogrzać energią światła

zaraz jeszcze ogień rozpalę
do kompletu pięciu żywiołów
mantra elementów uzdrawia
harmonizując

o życie słodkie
stęsknione za dzikością
naucz mnie stąpać
bez zadawania zbędnego cierpienia

wspinam się mocnymi konarami dębu
one zawsze tak pięknie rozkwitają
bose stopy oplatają korę
wiatr czochra mi włosy
Pieśń Wadżry wibruje przy akompaniamencie natury

mroźno mi
część liści wciąż na drzewie
osłaniają mnie przed rozżarzoną tarczą

"mamo, a czy da się przestać myśleć...?"
"mamo, a wiesz, że zanim skończy mi się jedna myśl, to inna już ją przegania...?"

i tak dzień za dniem odkrywasz samsarę
synu

owocnego słuchania siebie
patrzenia wgłąb
szukania zręcznych środków

na pobliską łąkę
przytuptały krowy
ruszam
ku cywilizowanym przestrzeniom
domostwa







piątek, 4 października 2019

Samotna wreszcie wędrówka
Dolina jesienią się snuje
Mantry uchodzą spomiędzy warg
Oddech błogosławieństwa mistrzów

Nie myślę, więc jestem

Dolina, schronisko, kamienny most - ręka człowieka
Skały skruszone, roztrzaskane w potoku
Kręta kamienista dróżka, omszałe pniaki, skalne cieki
Pełne porostów martwe drwa
Borówkowe runo
Wdzięczność, że napełniasz siłą ciała lisów i niedźwiedzi

Idę pod rękę ze Snyderem - dudnią we mnie żywo
Jego słowa
Wdycham pustkę

Ciało, co to je chwilowo posiadam, pragnie ułożyć się na mchu
wśród resztek obcych tu świerków
pożartych łapczywie przez kornika
Gdzie jesteś buku?

Mróz mnie jednak łapie na tym leśnym północnym zboczu
Wdrapuję się wyżej, ku słońcu
Staw
Górska przestrzeń spleciona wodą
Odbicie białych wierchów w lodowatej tafli
Słońce ogrzewa ciało
Skóra zachłannie chwyta żywioł ognia
Promienie karmią mnie już na zimę

Gawędzę z sąsiadem
Uświadamia mi, że gdy tu byłam ponad 20 lat temu, to miejsce wyglądało inaczej...
Nie było dookoła lasu, może lekki młodnik świerkowy
Teraz umierający
Dzięki upartemu drukarzowi
Zwierzęta
Wciąż jeszcze w swej mądrości
Dążą ku naturalnej równowadze

Tak mało ich tu jednak widziałam
Nie kołują nade mną drapieżniki
Ssaki ukrywają się przed nawałem człowieka
Tylko tętent ludzkich łap
Setek
Tysięcy butów z żywych niegdyś skór
Zadeptujących dzikość

Czego szukasz ludzka istoto?

A jednak... Kruk, woła mnie kruk!
Jak przy każdej samotnej wędrówce przelatuje nad mą ścieżką
Tym razem ląduje metr ode mnie
Niedowierzając przyglądam się z wdzięcznością
Jego czujnej od lat obecności
Patrzymy na siebie, odprowadza mnie jeszcze skacząc z gałęzi na gałąź, kracząc ostatni raz i wzlatuje ku leśnemu niebu...

Dziękuję, że jesteś
Strażniku mego serca

Ziemia w swej cykliczności oddycha mimo bólu
Jesteśmy przecież częścią jej równowagi
Już niebawem, już wkrótce...odejdziemy

W głowie czasem hasa lęk - dzieci/woda w studni/gdzie mój ogród?
W sercu - spokój...
Harmonii nie da się udoskonalić