czwartek, 29 października 2015




ziemia tak lekko sunie w przestrzeni
za oknem tętni życie
w smugach jesiennego słońca fruwają pajęczyny
znów odwiedza mnie ważka
wzruszeniem życia spływa łza

koniec października
tańczę po łące bosymi stopami
wśród ostów
dziecko zasypia przy mlecznej piersi
kołysane rytmem miłości

stokrotki jesienią smakują inaczej
bliskością natury
śmieje się serce

okrzyk kruka



środa, 30 września 2015


pracowity czas, dojrzały już plony lata
gałęzie łamią się pod ciężarem owoców
dziecko nieustannie podjada spadające jabłka
wiewiórki perfekcyjnie wygryzają dojrzałe orzechy spomiędzy twardych skorup
dzikość róży kaleczy dłonie do krwi
z psich misek dochodzi chrupanie żywych jeszcze niedawno kości

ziemia rodzi nieustannie
karmiąc nas 
powietrzem
owocami
deszczem

owocne zbiory pełni

niebo spowite granatem
blask na wschodzie krwawego księżyca

współczująca obecność Nauczycieli
przejawia się we śnie

błogość
rozbrzmiewa w ciele i umyśle

budda na wyciągnięcie ręki


pełnio,
czyś prorocza?

poniedziałek, 22 czerwca 2015


twórcza moc tkania niepostrzeżenie oplata nam dom
kokony pajęcze
sieć spontanicznie kreuje nieskończone możliwości


patrząc poprzez przestrzeń
matkę żywiołów

- błogość rozlewa się w cennym ludzkim ciele
pustość chroni umysł przed iluzją


kot wyleguje się w świeżym sianie
pies niestrudzenie kontynuuje samsaryczną pogoń za symbolicznym szczęściem
zaklętym w kawałku drwa
dziecko stawia śmiałe kroki w kierunku bujnego ognia


jestem i nie istnieję
zabawa umysłu w byt

latem owoc dojrzewa


kruki moje
strażnicy pustki, towarzysze kręgu
trzy pary skrzydeł hałaśliwie zawisają mi nad głową

a ponad
tęcza okala słońce


doskonałość chwili
bez czasu, bez przestrzeni

natura umysłu

czysta
przejrzysta
esencja


burzowe chmury
wędrowanie z psami w trawach po pas
smak poziomek w ustach dziecka




sobota, 17 stycznia 2015

jak dobrze, że jest zima
wyspanym okiem można każdego dnia praktykować
wschody słońca
wspaniałe lekarstwo
lęk, smutek czy gniew
rozpływają się się w tym niepojętym
źródle radości
ot, niebo, kolory, promienująca ciepłem kula
a jednak nikt nie pozostaje
niewzruszony
wschód słońca
najlepszy nauczyciel nietrwałości
swobodnie, jakby od niechcenia
przypomina o praktyce Obecności
ukazuje wspaniałość tu
i lekkość teraz
Synu
wiele jeszcze czasu minie, nim mądrością pojmiesz świadomość i jej niedosyt
rozróżnisz piękno i brzydotę
nim wzruszysz się pierwszymi promieniami
zachwycisz kolorem chmur
ucieszysz tańcem sikorek
tyle codzienności jeszcze przed Tobą
tyle nauk o cieple ognia i halnym wietrze
o nocy, wilkach i górskich strumieniach
dziś
przelana krew i wzniosłość świtu
mają dla Ciebie
jeden smak


niedziela, 11 stycznia 2015

stół kuchenny - siedzisko miłe
dla podróży piśmiennych
za plecami okno
doszczelnione prowizorycznie, acz skutecznie
listewka, gwóźdź, skrawek materiału

łup
zsuwa się z dachu łomotem
połać śniegu
a i sople ociepleniem zmalały
zza ramienia zerka na mnie księżyc
ni to pełnia, ni nów
może kwadra ostatnia
przysnuwa ją najcieńszy kraniec świerku
piszę do Przyjaciela
ot tak
dzieląc się wiatrem, zmierzchem, samotnością
przedsenne zadumanie w twarz złocistej kuli
z dźwiękiem uśmiechu
rozbłyska na szybie kropla
wiatr przywiódł nocny deszcz
patrzę na śpiącego syna
drobna rączka uniesiona w górę
twarz zrelaksowana, spokojna
ileż miłości w jednym spojrzeniu
za naście lat odrzuconej
czy zwyczajnie zapomnianej
tylko tyle, i aż
mogę Wam podarować
świetliste istoty mego człowieczeństwa


niedziela, 14 grudnia 2014



szereg uzbrojonych przed chatą
strzelba dodaje im odwagi
podążają do lasu, z radością mordować czujące istoty

pijemy herbatę
ofiarowujemy kadzidło
przygotowujemy ciasto na wieczorne placki z pieca

strzał wybudza dziecko ze snu
w oku łza, gardło dusi złość
wracają myśliwi, czas na zasłużoną wódkę

leniwe popołudnie w łóżku
śmiech i zabawa
zapach rozgotowanej marchwi przypomina o obowiązkach

zarzucam dziecko na plecy
męska kurtka obejmuje nas dwoje
rozprostujemy nogi na śliskiej górskiej powierzchni

ciepłe robocze rękawice
gumowce oblepiają trociny, piła opruszyła zimową trawę
przynoszę spod lasu trochę gałęzi

niebo o zachodzie różowieje
dwie pary kruków przeplatają się w locie nad świerkami
wyłania się zza gór biel obłoku

niedziela
zjedzmy obiad, odpocznijmy
dajmy odetchnąć i lasowi

sobota, 6 grudnia 2014

niemowlęce ciało pręży się i wygina
obecność bólu
brak choćby śladu dziecięcej radości

pluszak, pielucha, grzechotka
nawet ulubiona zabawka - mala
nie przynoszą ulgi

męczymy się we troje
snu zabrakło
i cierpliwości matczynej

rozpalasz w piecu
w oczekiwaniu na wrzątek nucisz mantry
syn wpatrzony w ojcowską miłość relaksuje się przez chwilę

usypiasz

ciepła dłoń
gdzieś pomiędzy udem a udem
powstaje błogość zręcznych środków

płacz dziecka

kręci się
koło życia i śmierci