nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą
wchodzę w las
coraz głębiej
coraz ciszej
wiosennie dziś
choć śniegu w bród
ptaki śpiewają
skaczą radośnie po gałęziach
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis
opuszki palców
zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna
mijam ambonę
schodzę w dół
męskie, myśliwskie ślady
wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie
słońce srebrzy biel dookoła
ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy
siadam
opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem
zbocze jest strome
przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać
rośnie poczucie mocy
wolności
jasności
kłaniam się Ziemi
muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie
jestem u źródła
drzewo i ziemia są moim łóżkiem
dłoń zsuwa się
w
słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu
szukam i odnajduję
rozkosz
śnieg mi dziś łóżkiem
oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi
jestem w Domu
i to jest rozkosz
kładę twarz na śniegu
a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości
zagryzam śnieg w skowycie
jest tylko to, co jest
śmieje się twarz do słońca
wracam do domu
cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku
wtulam się w starego buka
oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę
wdzięczność lśni pod powiekami

