Księżyc lekką poświatą
Uchyla rąbka nocnej tajemnicy
Nietoperz przemyka niepostrzeżenie przed oczami
Radość
Znów tu - dla mnie - jesteś
Odrodzenie
otwartego serca
Śmierci niezbędny proces
Kali tańczy w sercu burzy
Piorun wytrąca mnie ze snu
Moc jego śmiertelna
Dla chaosu myśli
Niczym PHET budzi
Naturę umysłu
Życiodajny deszcz łomocze o dach
Kołysze słodko nowe życie
Można zmartwychwstać
Ku radości
Myszołów o świcie zatrzymuje mnie
Magią życia
Zaklętą w tej błogiej chwili
Przeszywania przejrzystości
Barw poranka
czwartek, 8 sierpnia 2019
niedziela, 27 stycznia 2019
idę
nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą
wchodzę w las
coraz głębiej
coraz ciszej
wiosennie dziś
choć śniegu w bród
ptaki śpiewają
skaczą radośnie po gałęziach
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis
opuszki palców
zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna
mijam ambonę
schodzę w dół
męskie, myśliwskie ślady
wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie
słońce srebrzy biel dookoła
ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy
siadam
opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem
zbocze jest strome
przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać
rośnie poczucie mocy
wolności
jasności
kłaniam się Ziemi
muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie
jestem u źródła
drzewo i ziemia są moim łóżkiem
dłoń zsuwa się
w
słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu
szukam i odnajduję
rozkosz
śnieg mi dziś łóżkiem
oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi
jestem w Domu
i to jest rozkosz
kładę twarz na śniegu
a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości
zagryzam śnieg w skowycie
jest tylko to, co jest
śmieje się twarz do słońca
wracam do domu
cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku
wtulam się w starego buka
oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę
wdzięczność lśni pod powiekami
nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą
wchodzę w las
coraz głębiej
coraz ciszej
wiosennie dziś
choć śniegu w bród
ptaki śpiewają
skaczą radośnie po gałęziach
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis
opuszki palców
zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna
mijam ambonę
schodzę w dół
męskie, myśliwskie ślady
wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie
słońce srebrzy biel dookoła
ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy
siadam
opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem
zbocze jest strome
przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać
rośnie poczucie mocy
wolności
jasności
kłaniam się Ziemi
muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie
jestem u źródła
drzewo i ziemia są moim łóżkiem
dłoń zsuwa się
w
słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu
szukam i odnajduję
rozkosz
śnieg mi dziś łóżkiem
oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi
jestem w Domu
i to jest rozkosz
kładę twarz na śniegu
a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości
zagryzam śnieg w skowycie
jest tylko to, co jest
śmieje się twarz do słońca
wracam do domu
cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku
wtulam się w starego buka
oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę
wdzięczność lśni pod powiekami
niedziela, 28 lutego 2016
lubię zmierzch
ciemne i jasne
ciepłe i zimne
dzień i noc
wszystko się w nim zawiera
a jednak
zmierzch pozostaje niezauważony
można łagodnie na dno zejść
oswoić cień, oswoić lęk
można spokojnie trwać w tej szarej głębi
i gładko wejść w nowe
schodzę na dno jaru
płoszę zająca
niemłody już grab daje oparcie plecom
drobne krople deszczu obmywają twarz
szum strumienia i tylko on
obmywam dłonie
zatapiam się
wdech-wydech
jest tylko to, co jest
wdech-wydech
gdzie moje emocje?
wdech-wydech
ileż nietrwałości w każdej sekundzie
wiewiórka skrzeczy na mnie z pobliskiego buka
taka jestem maleńka w tym wielkim świecie wąwozu
drzewa, które podpierały niejedne plecy kochanków
które wysłuchały płaczu o niejednej śmierci
które zrodziły w swych korzeniach niejedno życie
myszołów przelatuje mi nad głową
skały złamane tysiącami lat
oplecione korzeniami
stanowią o mocy coraz słabszej Ziemi
serce zaczyna płakać nad wysypiskiem śmieci
które ten mały-wielki człowiek postanowił podarować w podzięce
swemu Źródłu
tu nie ma miejsca na ludzkie marne łzy o tęsknocie czy bólu
tu trzeba stanąć
z prawdziwie otwartym sercem wojownika
twarzą w twarz z Życiem
ciemne i jasne
ciepłe i zimne
dzień i noc
wszystko się w nim zawiera
a jednak
zmierzch pozostaje niezauważony
można łagodnie na dno zejść
oswoić cień, oswoić lęk
można spokojnie trwać w tej szarej głębi
i gładko wejść w nowe
schodzę na dno jaru
płoszę zająca
niemłody już grab daje oparcie plecom
drobne krople deszczu obmywają twarz
szum strumienia i tylko on
obmywam dłonie
zatapiam się
wdech-wydech
jest tylko to, co jest
wdech-wydech
gdzie moje emocje?
wdech-wydech
ileż nietrwałości w każdej sekundzie
wiewiórka skrzeczy na mnie z pobliskiego buka
taka jestem maleńka w tym wielkim świecie wąwozu
drzewa, które podpierały niejedne plecy kochanków
które wysłuchały płaczu o niejednej śmierci
które zrodziły w swych korzeniach niejedno życie
myszołów przelatuje mi nad głową
skały złamane tysiącami lat
oplecione korzeniami
stanowią o mocy coraz słabszej Ziemi
serce zaczyna płakać nad wysypiskiem śmieci
które ten mały-wielki człowiek postanowił podarować w podzięce
swemu Źródłu
tu nie ma miejsca na ludzkie marne łzy o tęsknocie czy bólu
tu trzeba stanąć
z prawdziwie otwartym sercem wojownika
twarzą w twarz z Życiem
piątek, 22 stycznia 2016
śnieg wyjątkowo pięknie dziś lśni na naszej łące
w wysokich trawach odbijają się słońca promienie
błyszczy się bielą przestrzeń gór
chochliki radości skaczą pomiędzy mną a ognistą kulą słońca
patrzę aż do bólu prosto w twarz tej ożywczej energii
oaza ciszy
przeżywam ulotność każdego teraz
rozkoszując się zachodzącym za górą słońcem
nietrwałość chwili, relacji, rzeczywistości
nietrwałość porannego smutku i obecnego błogostanu
ogarnia mnie niesamowite wzruszenie
to dzięki tej słonecznej energii istnieję
dzięki niej zjadłam dziś fasolę
dzięki niej w moim piecu tlą się polana
dzięki niej mam moc, by otworzyć oczy
...
jesteśmy tak absolutnie współzależni
klęczę na zmarzniętej ziemi
z wdzięcznością i pokorą kłaniam się słońcu
twarz zanurzam w śniegu
zimno płatków miesza się z ciepłem radosnych łez
w modlitwie unoszę twarz ku niebu
...
jesteśmy tak absolutnie wolni
pies szczeknięciem wprost w moje ucho wyrywa mnie z pustki
wybucham śmiechem
czas wracać do domu
dzień za dniem próbując przypomnieć sobie kim jestem
dzień za dniem próbując zbratać się ze słońcem
czwartek, 29 października 2015
ziemia tak lekko sunie w przestrzeni
za oknem tętni życie
w smugach jesiennego słońca fruwają pajęczyny
znów odwiedza mnie ważka
wzruszeniem życia spływa łza
koniec października
tańczę po łące bosymi stopami
wśród ostów
dziecko zasypia przy mlecznej piersi
kołysane rytmem miłości
stokrotki jesienią smakują inaczej
bliskością natury
śmieje się serce
okrzyk kruka
środa, 30 września 2015
pracowity czas, dojrzały już plony lata
gałęzie łamią się pod ciężarem owoców
dziecko nieustannie podjada spadające jabłka
wiewiórki perfekcyjnie wygryzają dojrzałe orzechy spomiędzy twardych skorup
dzikość róży kaleczy dłonie do krwi
z psich misek dochodzi chrupanie żywych jeszcze niedawno kości
ziemia rodzi nieustannie
karmiąc nas
powietrzem
owocami
deszczem
owocne zbiory pełni
niebo spowite granatem
blask na wschodzie krwawego księżyca
współczująca obecność Nauczycieli
przejawia się we śnie
błogość
rozbrzmiewa w ciele i umyśle
budda na wyciągnięcie ręki
pełnio,
czyś prorocza?
poniedziałek, 22 czerwca 2015
twórcza moc tkania niepostrzeżenie oplata nam dom
kokony pajęcze
sieć spontanicznie kreuje nieskończone możliwości
patrząc poprzez przestrzeń
matkę żywiołów
- błogość rozlewa się w cennym ludzkim ciele
pustość chroni umysł przed iluzją
kot wyleguje się w świeżym sianie
pies niestrudzenie kontynuuje samsaryczną pogoń za symbolicznym szczęściem
zaklętym w kawałku drwa
dziecko stawia śmiałe kroki w kierunku bujnego ognia
jestem i nie istnieję
zabawa umysłu w byt
latem owoc dojrzewa
kruki moje
strażnicy pustki, towarzysze kręgu
trzy pary skrzydeł hałaśliwie zawisają mi nad głową
a ponad
tęcza okala słońce
doskonałość chwili
bez czasu, bez przestrzeni
natura umysłu
czysta
przejrzysta
esencja
burzowe chmury
wędrowanie z psami w trawach po pas
smak poziomek w ustach dziecka
Subskrybuj:
Posty (Atom)

