jabłko
bogactwo jesieni
wgryzam się w słodycz słońca
sok cieknie palcami
żyjemy w raju
a przecież
wariacje umysłu tworzą piekło
tymczasem błogość
zrzucam buty
stopa żądna ziemi
dotyku życia
mijam rozrytą pyskami dzików łąkę
liście chorującego klonu szeleszczą mi pod stopami
koniki polne uciekają przed dźwiękiem moich kroków
wchodzę na zaorane pole
grudki ziemi wciskają się między palce
pięta zostawia wyraźne ślady
połowa października
jakże dziś słodka z tym ciepłym wiatrem i jesiennym słońcem
odpoczywam przy dębie
zrzucam ubrania
krępującą bieliznę
wracam do siebie
do pierwotnej natury
myszołów kołuje
kruk łagodnie wzywa
sójka ostrzega leśnych mieszkańców
rankiem dzięcioł ostukiwał modrzew domu
obok ucha przelatują sikorki dwie
ptaki tutejsze
wszechobecne
towarzyszące co dzień
jakże je kocham
muzyka nieustająca
muzyka dzikiego życia
choć przecież jesteśmy
wiosną pożar pożarł tu kawał łąki
pogorzelisko już obrośnięte pomiędzy czernią
ignorancja ludzka
nieustannie mnie zadziwia
niebo dziś w pełni błękitu
jak to słodko nagie ciało wbić w pierwotność ziemi
osmagać kształt własnego ja halnym
ogrzać energią światła
zaraz jeszcze ogień rozpalę
do kompletu pięciu żywiołów
mantra elementów uzdrawia
harmonizując
o życie słodkie
stęsknione za dzikością
naucz mnie stąpać
bez zadawania zbędnego cierpienia
wspinam się mocnymi konarami dębu
one zawsze tak pięknie rozkwitają
bose stopy oplatają korę
wiatr czochra mi włosy
Pieśń Wadżry wibruje przy akompaniamencie natury
mroźno mi
część liści wciąż na drzewie
osłaniają mnie przed rozżarzoną tarczą
"mamo, a czy da się przestać myśleć...?"
"mamo, a wiesz, że zanim skończy mi się jedna myśl, to inna już ją przegania...?"
i tak dzień za dniem odkrywasz samsarę
synu
owocnego słuchania siebie
patrzenia wgłąb
szukania zręcznych środków
na pobliską łąkę
przytuptały krowy
ruszam
ku cywilizowanym przestrzeniom
domostwa
czwartek, 17 października 2019
piątek, 4 października 2019
Samotna wreszcie wędrówka
Dolina jesienią się snuje
Mantry uchodzą spomiędzy warg
Oddech błogosławieństwa mistrzów
Nie myślę, więc jestem
Dolina, schronisko, kamienny most - ręka człowieka
Skały skruszone, roztrzaskane w potoku
Kręta kamienista dróżka, omszałe pniaki, skalne cieki
Pełne porostów martwe drwa
Borówkowe runo
Wdzięczność, że napełniasz siłą ciała lisów i niedźwiedzi
Idę pod rękę ze Snyderem - dudnią we mnie żywo
Jego słowa
Wdycham pustkę
Ciało, co to je chwilowo posiadam, pragnie ułożyć się na mchu
wśród resztek obcych tu świerków
pożartych łapczywie przez kornika
Gdzie jesteś buku?
Mróz mnie jednak łapie na tym leśnym północnym zboczu
Wdrapuję się wyżej, ku słońcu
Staw
Górska przestrzeń spleciona wodą
Odbicie białych wierchów w lodowatej tafli
Słońce ogrzewa ciało
Skóra zachłannie chwyta żywioł ognia
Promienie karmią mnie już na zimę
Gawędzę z sąsiadem
Uświadamia mi, że gdy tu byłam ponad 20 lat temu, to miejsce wyglądało inaczej...
Nie było dookoła lasu, może lekki młodnik świerkowy
Teraz umierający
Dzięki upartemu drukarzowi
Zwierzęta
Wciąż jeszcze w swej mądrości
Dążą ku naturalnej równowadze
Tak mało ich tu jednak widziałam
Nie kołują nade mną drapieżniki
Ssaki ukrywają się przed nawałem człowieka
Tylko tętent ludzkich łap
Setek
Tysięcy butów z żywych niegdyś skór
Zadeptujących dzikość
Czego szukasz ludzka istoto?
A jednak... Kruk, woła mnie kruk!
Jak przy każdej samotnej wędrówce przelatuje nad mą ścieżką
Tym razem ląduje metr ode mnie
Niedowierzając przyglądam się z wdzięcznością
Jego czujnej od lat obecności
Patrzymy na siebie, odprowadza mnie jeszcze skacząc z gałęzi na gałąź, kracząc ostatni raz i wzlatuje ku leśnemu niebu...
Dziękuję, że jesteś
Strażniku mego serca
Ziemia w swej cykliczności oddycha mimo bólu
Jesteśmy przecież częścią jej równowagi
Już niebawem, już wkrótce...odejdziemy
W głowie czasem hasa lęk - dzieci/woda w studni/gdzie mój ogród?
W sercu - spokój...
Harmonii nie da się udoskonalić
Dolina jesienią się snuje
Mantry uchodzą spomiędzy warg
Oddech błogosławieństwa mistrzów
Nie myślę, więc jestem
Dolina, schronisko, kamienny most - ręka człowieka
Skały skruszone, roztrzaskane w potoku
Kręta kamienista dróżka, omszałe pniaki, skalne cieki
Pełne porostów martwe drwa
Borówkowe runo
Wdzięczność, że napełniasz siłą ciała lisów i niedźwiedzi
Idę pod rękę ze Snyderem - dudnią we mnie żywo
Jego słowa
Wdycham pustkę
Ciało, co to je chwilowo posiadam, pragnie ułożyć się na mchu
wśród resztek obcych tu świerków
pożartych łapczywie przez kornika
Gdzie jesteś buku?
Mróz mnie jednak łapie na tym leśnym północnym zboczu
Wdrapuję się wyżej, ku słońcu
Staw
Górska przestrzeń spleciona wodą
Odbicie białych wierchów w lodowatej tafli
Słońce ogrzewa ciało
Skóra zachłannie chwyta żywioł ognia
Promienie karmią mnie już na zimę
Gawędzę z sąsiadem
Uświadamia mi, że gdy tu byłam ponad 20 lat temu, to miejsce wyglądało inaczej...
Nie było dookoła lasu, może lekki młodnik świerkowy
Teraz umierający
Dzięki upartemu drukarzowi
Zwierzęta
Wciąż jeszcze w swej mądrości
Dążą ku naturalnej równowadze
Tak mało ich tu jednak widziałam
Nie kołują nade mną drapieżniki
Ssaki ukrywają się przed nawałem człowieka
Tylko tętent ludzkich łap
Setek
Tysięcy butów z żywych niegdyś skór
Zadeptujących dzikość
Czego szukasz ludzka istoto?
A jednak... Kruk, woła mnie kruk!
Jak przy każdej samotnej wędrówce przelatuje nad mą ścieżką
Tym razem ląduje metr ode mnie
Niedowierzając przyglądam się z wdzięcznością
Jego czujnej od lat obecności
Patrzymy na siebie, odprowadza mnie jeszcze skacząc z gałęzi na gałąź, kracząc ostatni raz i wzlatuje ku leśnemu niebu...
Dziękuję, że jesteś
Strażniku mego serca
Ziemia w swej cykliczności oddycha mimo bólu
Jesteśmy przecież częścią jej równowagi
Już niebawem, już wkrótce...odejdziemy
W głowie czasem hasa lęk - dzieci/woda w studni/gdzie mój ogród?
W sercu - spokój...
Harmonii nie da się udoskonalić
wtorek, 13 sierpnia 2019
Ogień hula pośród gałęzi i konarów
Mimochodem piekąc dary Ziemi
i pracę ludzkich rąk
- strawę cenną dla ciała
Szczególny dzień
małżeństwa mądrości i współczucia
- ofiarowaniem mięsa i alkoholu
Czyste - nieczyste
rozpływa się pośród żywych elementów
Obecność buddów w iskierce ognia
Sakralność chwili
Lekkość tli się w sercu
Harmonia wzruszająca
Wszystko JEST
Dorzucam drwa
Zmierzch chyli się ku nocy
Nad głową kołyszą się chorągiewki modlitewne
Syn kręci fire show
rozognioną pochodnią patyka
Ileż dzieci tak się przed nim bawiło
Cykl zatacza kręgi
'Zaśpiewaj mi mamo...'
Śpiewam
Ogień płonie
Ciemność nas okala
Deszcz delikatnie muska nasze nagie ramiona, twarze, nogi...
Seksualność twórczo wibruje każdym oddechem
Energia Życia odżywia ciało i umysł
Tu i Teraz jest najwyższą błogością
Dziękuję, Nauczycielu, za każdą drobną chwilę Obecności
Mimochodem piekąc dary Ziemi
i pracę ludzkich rąk
- strawę cenną dla ciała
Szczególny dzień
małżeństwa mądrości i współczucia
- ofiarowaniem mięsa i alkoholu
Czyste - nieczyste
rozpływa się pośród żywych elementów
Obecność buddów w iskierce ognia
Sakralność chwili
Lekkość tli się w sercu
Harmonia wzruszająca
Wszystko JEST
Dorzucam drwa
Zmierzch chyli się ku nocy
Nad głową kołyszą się chorągiewki modlitewne
Syn kręci fire show
rozognioną pochodnią patyka
Ileż dzieci tak się przed nim bawiło
Cykl zatacza kręgi
'Zaśpiewaj mi mamo...'
Śpiewam
Ogień płonie
Ciemność nas okala
Deszcz delikatnie muska nasze nagie ramiona, twarze, nogi...
Seksualność twórczo wibruje każdym oddechem
Energia Życia odżywia ciało i umysł
Tu i Teraz jest najwyższą błogością
Dziękuję, Nauczycielu, za każdą drobną chwilę Obecności
czwartek, 8 sierpnia 2019
Księżyc lekką poświatą
Uchyla rąbka nocnej tajemnicy
Nietoperz przemyka niepostrzeżenie przed oczami
Radość
Znów tu - dla mnie - jesteś
Odrodzenie
otwartego serca
Śmierci niezbędny proces
Kali tańczy w sercu burzy
Piorun wytrąca mnie ze snu
Moc jego śmiertelna
Dla chaosu myśli
Niczym PHET budzi
Naturę umysłu
Życiodajny deszcz łomocze o dach
Kołysze słodko nowe życie
Można zmartwychwstać
Ku radości
Myszołów o świcie zatrzymuje mnie
Magią życia
Zaklętą w tej błogiej chwili
Przeszywania przejrzystości
Barw poranka
Uchyla rąbka nocnej tajemnicy
Nietoperz przemyka niepostrzeżenie przed oczami
Radość
Znów tu - dla mnie - jesteś
Odrodzenie
otwartego serca
Śmierci niezbędny proces
Kali tańczy w sercu burzy
Piorun wytrąca mnie ze snu
Moc jego śmiertelna
Dla chaosu myśli
Niczym PHET budzi
Naturę umysłu
Życiodajny deszcz łomocze o dach
Kołysze słodko nowe życie
Można zmartwychwstać
Ku radości
Myszołów o świcie zatrzymuje mnie
Magią życia
Zaklętą w tej błogiej chwili
Przeszywania przejrzystości
Barw poranka
niedziela, 27 stycznia 2019
idę
nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą
wchodzę w las
coraz głębiej
coraz ciszej
wiosennie dziś
choć śniegu w bród
ptaki śpiewają
skaczą radośnie po gałęziach
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis
opuszki palców
zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna
mijam ambonę
schodzę w dół
męskie, myśliwskie ślady
wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie
słońce srebrzy biel dookoła
ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy
siadam
opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem
zbocze jest strome
przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać
rośnie poczucie mocy
wolności
jasności
kłaniam się Ziemi
muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie
jestem u źródła
drzewo i ziemia są moim łóżkiem
dłoń zsuwa się
w
słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu
szukam i odnajduję
rozkosz
śnieg mi dziś łóżkiem
oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi
jestem w Domu
i to jest rozkosz
kładę twarz na śniegu
a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości
zagryzam śnieg w skowycie
jest tylko to, co jest
śmieje się twarz do słońca
wracam do domu
cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku
wtulam się w starego buka
oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę
wdzięczność lśni pod powiekami
nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą
wchodzę w las
coraz głębiej
coraz ciszej
wiosennie dziś
choć śniegu w bród
ptaki śpiewają
skaczą radośnie po gałęziach
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis
opuszki palców
zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna
mijam ambonę
schodzę w dół
męskie, myśliwskie ślady
wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie
słońce srebrzy biel dookoła
ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy
siadam
opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem
zbocze jest strome
przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać
rośnie poczucie mocy
wolności
jasności
kłaniam się Ziemi
muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie
jestem u źródła
drzewo i ziemia są moim łóżkiem
dłoń zsuwa się
w
słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu
szukam i odnajduję
rozkosz
śnieg mi dziś łóżkiem
oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi
jestem w Domu
i to jest rozkosz
kładę twarz na śniegu
a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości
zagryzam śnieg w skowycie
jest tylko to, co jest
śmieje się twarz do słońca
wracam do domu
cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku
wtulam się w starego buka
oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę
wdzięczność lśni pod powiekami
niedziela, 28 lutego 2016
lubię zmierzch
ciemne i jasne
ciepłe i zimne
dzień i noc
wszystko się w nim zawiera
a jednak
zmierzch pozostaje niezauważony
można łagodnie na dno zejść
oswoić cień, oswoić lęk
można spokojnie trwać w tej szarej głębi
i gładko wejść w nowe
schodzę na dno jaru
płoszę zająca
niemłody już grab daje oparcie plecom
drobne krople deszczu obmywają twarz
szum strumienia i tylko on
obmywam dłonie
zatapiam się
wdech-wydech
jest tylko to, co jest
wdech-wydech
gdzie moje emocje?
wdech-wydech
ileż nietrwałości w każdej sekundzie
wiewiórka skrzeczy na mnie z pobliskiego buka
taka jestem maleńka w tym wielkim świecie wąwozu
drzewa, które podpierały niejedne plecy kochanków
które wysłuchały płaczu o niejednej śmierci
które zrodziły w swych korzeniach niejedno życie
myszołów przelatuje mi nad głową
skały złamane tysiącami lat
oplecione korzeniami
stanowią o mocy coraz słabszej Ziemi
serce zaczyna płakać nad wysypiskiem śmieci
które ten mały-wielki człowiek postanowił podarować w podzięce
swemu Źródłu
tu nie ma miejsca na ludzkie marne łzy o tęsknocie czy bólu
tu trzeba stanąć
z prawdziwie otwartym sercem wojownika
twarzą w twarz z Życiem
ciemne i jasne
ciepłe i zimne
dzień i noc
wszystko się w nim zawiera
a jednak
zmierzch pozostaje niezauważony
można łagodnie na dno zejść
oswoić cień, oswoić lęk
można spokojnie trwać w tej szarej głębi
i gładko wejść w nowe
schodzę na dno jaru
płoszę zająca
niemłody już grab daje oparcie plecom
drobne krople deszczu obmywają twarz
szum strumienia i tylko on
obmywam dłonie
zatapiam się
wdech-wydech
jest tylko to, co jest
wdech-wydech
gdzie moje emocje?
wdech-wydech
ileż nietrwałości w każdej sekundzie
wiewiórka skrzeczy na mnie z pobliskiego buka
taka jestem maleńka w tym wielkim świecie wąwozu
drzewa, które podpierały niejedne plecy kochanków
które wysłuchały płaczu o niejednej śmierci
które zrodziły w swych korzeniach niejedno życie
myszołów przelatuje mi nad głową
skały złamane tysiącami lat
oplecione korzeniami
stanowią o mocy coraz słabszej Ziemi
serce zaczyna płakać nad wysypiskiem śmieci
które ten mały-wielki człowiek postanowił podarować w podzięce
swemu Źródłu
tu nie ma miejsca na ludzkie marne łzy o tęsknocie czy bólu
tu trzeba stanąć
z prawdziwie otwartym sercem wojownika
twarzą w twarz z Życiem
piątek, 22 stycznia 2016
śnieg wyjątkowo pięknie dziś lśni na naszej łące
w wysokich trawach odbijają się słońca promienie
błyszczy się bielą przestrzeń gór
chochliki radości skaczą pomiędzy mną a ognistą kulą słońca
patrzę aż do bólu prosto w twarz tej ożywczej energii
oaza ciszy
przeżywam ulotność każdego teraz
rozkoszując się zachodzącym za górą słońcem
nietrwałość chwili, relacji, rzeczywistości
nietrwałość porannego smutku i obecnego błogostanu
ogarnia mnie niesamowite wzruszenie
to dzięki tej słonecznej energii istnieję
dzięki niej zjadłam dziś fasolę
dzięki niej w moim piecu tlą się polana
dzięki niej mam moc, by otworzyć oczy
...
jesteśmy tak absolutnie współzależni
klęczę na zmarzniętej ziemi
z wdzięcznością i pokorą kłaniam się słońcu
twarz zanurzam w śniegu
zimno płatków miesza się z ciepłem radosnych łez
w modlitwie unoszę twarz ku niebu
...
jesteśmy tak absolutnie wolni
pies szczeknięciem wprost w moje ucho wyrywa mnie z pustki
wybucham śmiechem
czas wracać do domu
dzień za dniem próbując przypomnieć sobie kim jestem
dzień za dniem próbując zbratać się ze słońcem
Subskrybuj:
Posty (Atom)



