wszystko JASNE !
Patrzę w Słońce i jest...
...umysł zalewa żywa przejrzystość
i wszystko jest znów na swoim miejscu
to jest TO
tylko TO!
żywe życie odradza się
z kości
la loba tańczy
błyszczą jej oczy
karmiący dotyk tęczowego światła
rozlewa się po ciele
w pulsujących żyłach
każda martwa komórka
uśpionego ducha
budzi się ku obecności
zaśmiej się
słońcu w twarz
i idź przed siebie
żywa!
Ach, piękna ta łąka
patrzymy w stronę słońca
Babia Góra lśni w jego październikowym świetle
pomniejsze beskidzkie szczyty w błogie dziś pasmo się układają
delikatnie osnute jesienną słoneczną mgiełką
wchodzimy w las
świerk, jakaś sosna, dąb, buk, sporo brzóz, jakiś grab
dobry to las, choć zadbany
drzewa nawet stuletnie
ganiamy się pośród szelestu spod stóp
bawimy w chowanego
obrzucamy liśćmi
przytulamy do pni
do lasu wjeżdża traktor z drewnianym wozem
kierowca gawędzi z nami
ściąga z wozu jesienną już kukurydzę i wręcza dzieciakom do zabawy
resztę wiezie dzikom (czy na nęcisko?)
a potem kasza z cebulą z termosu
ulubiony smak wycieczki
teraz odpoczynek
kładę się pod niestarym dębem
zachwyt przestrzenią nad mą głową odbiera mi myśli
w tle kosmicznego błękitu
idealna zieleń tych nielicznych już bukowych liści
przeplatana z brązem dębowych
i gałęziami koron kilku drzew
harmonia
w tej dysharmonii kalijugi
pośród harmonii porządku wszechświata
chłopcy buszują w lesie
Ati próbuje sklecić łuk z patyków obwiązując je upadłymi gałązkami brzozy
Anu wojuje z groźnymi dzikami w postaci konarów
strzela, Ati buduje pułapki
oswajanie tematu myślistwa
ostatnio czytałam w biuletynie PZŁ, że Finowie dumni z siebie zabierają dzieci na polowania bez ograniczeń wiekowych
poluje sporo dzieci i młodzieży, bo również oni mogą być współwłaścicielami broni
autor artykułu wychwala pomysł
- jakaż to samodzielność, nauka cierpliwości i przyrody, odpowiedzialności
doskonała w oczach wielu Skandynawia przejawiła się absurdem - nauką zabijania wpajaną z dumą kilkulatkom
człowieku, dokąd doszedłeś...?
ale, dziś Dzień Dakini
nucę w przestrzeń tekst praktyki
gdy mówię mantry Anu próbuje wyrwać mi malę
nieme spieranie się zamiast czystej obecności
ale jest lekkość dobrego czasu
Ati przygotowuje z patyków i igliwia piekarnik
piecze nam ciastka z suszonych owoców
słońce zdąża na zachód
nie mam zegarka, ale chłód się zbliża
a zmrok po nim
czas powrotu
czeka nas długa wędrówka do domu
koniec października a my stąpamy boso po leśnej polanie
brązowy bukowy dywan
tworzy nam ukochaną jesienną muzykę
ziemia wciąż grzeje stopy
choć tyle miłego dzięki zmianom klimatu
zza okien naszego domostwa widać już tylko
zimowe sterczące konary
mimo słońca
ciepła
wiosny tej jesieni
niedoceniane drzewa wciąż grają swój rytm

jabłko
bogactwo jesieni
wgryzam się w słodycz słońca
sok cieknie palcami
żyjemy w raju
a przecież
wariacje umysłu tworzą piekło
tymczasem błogość
zrzucam buty
stopa żądna ziemi
dotyku życia
mijam rozrytą pyskami dzików łąkę
liście chorującego klonu szeleszczą mi pod stopami
koniki polne uciekają przed dźwiękiem moich kroków
wchodzę na zaorane pole
grudki ziemi wciskają się między palce
pięta zostawia wyraźne ślady
połowa października
jakże dziś słodka z tym ciepłym wiatrem i jesiennym słońcem
odpoczywam przy dębie
zrzucam ubrania
krępującą bieliznę
wracam do siebie
do pierwotnej natury
myszołów kołuje
kruk łagodnie wzywa
sójka ostrzega leśnych mieszkańców
rankiem dzięcioł ostukiwał modrzew domu
obok ucha przelatują sikorki dwie
ptaki tutejsze
wszechobecne
towarzyszące co dzień
jakże je kocham
muzyka nieustająca
muzyka dzikiego życia
choć przecież jesteśmy
wiosną pożar pożarł tu kawał łąki
pogorzelisko już obrośnięte pomiędzy czernią
ignorancja ludzka
nieustannie mnie zadziwia
niebo dziś w pełni błękitu
jak to słodko nagie ciało wbić w pierwotność ziemi
osmagać kształt własnego ja halnym
ogrzać energią światła
zaraz jeszcze ogień rozpalę
do kompletu pięciu żywiołów
mantra elementów uzdrawia
harmonizując
o życie słodkie
stęsknione za dzikością
naucz mnie stąpać
bez zadawania zbędnego cierpienia
wspinam się mocnymi konarami dębu
one zawsze tak pięknie rozkwitają
bose stopy oplatają korę
wiatr czochra mi włosy
Pieśń Wadżry wibruje przy akompaniamencie natury
mroźno mi
część liści wciąż na drzewie
osłaniają mnie przed rozżarzoną tarczą
"mamo, a czy da się przestać myśleć...?"
"mamo, a wiesz, że zanim skończy mi się jedna myśl, to inna już ją przegania...?"
i tak dzień za dniem odkrywasz samsarę
synu
owocnego słuchania siebie
patrzenia wgłąb
szukania zręcznych środków
na pobliską łąkę
przytuptały krowy
ruszam
ku cywilizowanym przestrzeniom
domostwa


Samotna wreszcie wędrówka
Dolina jesienią się snuje
Mantry uchodzą spomiędzy warg
Oddech błogosławieństwa mistrzów
Nie myślę, więc jestem
Dolina, schronisko, kamienny most - ręka człowieka
Skały skruszone, roztrzaskane w potoku
Kręta kamienista dróżka, omszałe pniaki, skalne cieki
Pełne porostów martwe drwa
Borówkowe runo
Wdzięczność, że napełniasz siłą ciała lisów i niedźwiedzi
Idę pod rękę ze Snyderem - dudnią we mnie żywo
Jego słowa
Wdycham pustkę
Ciało, co to je chwilowo posiadam, pragnie ułożyć się na mchu
wśród resztek obcych tu świerków
pożartych łapczywie przez kornika
Gdzie jesteś buku?
Mróz mnie jednak łapie na tym leśnym północnym zboczu
Wdrapuję się wyżej, ku słońcu
Staw
Górska przestrzeń spleciona wodą
Odbicie białych wierchów w lodowatej tafli
Słońce ogrzewa ciało
Skóra zachłannie chwyta żywioł ognia
Promienie karmią mnie już na zimę
Gawędzę z sąsiadem
Uświadamia mi, że gdy tu byłam ponad 20 lat temu, to miejsce wyglądało inaczej...
Nie było dookoła lasu, może lekki młodnik świerkowy
Teraz umierający
Dzięki upartemu drukarzowi
Zwierzęta
Wciąż jeszcze w swej mądrości
Dążą ku naturalnej równowadze
Tak mało ich tu jednak widziałam
Nie kołują nade mną drapieżniki
Ssaki ukrywają się przed nawałem człowieka
Tylko tętent ludzkich łap
Setek
Tysięcy butów z żywych niegdyś skór
Zadeptujących dzikość
Czego szukasz ludzka istoto?
A jednak... Kruk, woła mnie kruk!
Jak przy każdej samotnej wędrówce przelatuje nad mą ścieżką
Tym razem ląduje metr ode mnie
Niedowierzając przyglądam się z wdzięcznością
Jego czujnej od lat obecności
Patrzymy na siebie, odprowadza mnie jeszcze skacząc z gałęzi na gałąź, kracząc ostatni raz i wzlatuje ku leśnemu niebu...
Dziękuję, że jesteś
Strażniku mego serca
Ziemia w swej cykliczności oddycha mimo bólu
Jesteśmy przecież częścią jej równowagi
Już niebawem, już wkrótce...odejdziemy
W głowie czasem hasa lęk - dzieci/woda w studni/gdzie mój ogród?
W sercu - spokój...
Harmonii nie da się udoskonalić


Ogień hula pośród gałęzi i konarów
Mimochodem piekąc dary Ziemi
i pracę ludzkich rąk
- strawę cenną dla ciała
Szczególny dzień
małżeństwa mądrości i współczucia
- ofiarowaniem mięsa i alkoholu
Czyste - nieczyste
rozpływa się pośród żywych elementów
Obecność buddów w iskierce ognia
Sakralność chwili
Lekkość tli się w sercu
Harmonia wzruszająca
Wszystko JEST
Dorzucam drwa
Zmierzch chyli się ku nocy
Nad głową kołyszą się chorągiewki modlitewne
Syn kręci fire show
rozognioną pochodnią patyka
Ileż dzieci tak się przed nim bawiło
Cykl zatacza kręgi
'Zaśpiewaj mi mamo...'
Śpiewam
Ogień płonie
Ciemność nas okala
Deszcz delikatnie muska nasze nagie ramiona, twarze, nogi...
Seksualność twórczo wibruje każdym oddechem
Energia Życia odżywia ciało i umysł
Tu i Teraz jest najwyższą błogością
Dziękuję, Nauczycielu, za każdą drobną chwilę Obecności
Księżyc lekką poświatą
Uchyla rąbka nocnej tajemnicy
Nietoperz przemyka niepostrzeżenie przed oczami
Radość
Znów tu - dla mnie - jesteś
Odrodzenie
otwartego serca
Śmierci niezbędny proces
Kali tańczy w sercu burzy
Piorun wytrąca mnie ze snu
Moc jego śmiertelna
Dla chaosu myśli
Niczym PHET budzi
Naturę umysłu
Życiodajny deszcz łomocze o dach
Kołysze słodko nowe życie
Można zmartwychwstać
Ku radości
Myszołów o świcie zatrzymuje mnie
Magią życia
Zaklętą w tej błogiej chwili
Przeszywania przejrzystości
Barw poranka
idę
nucąc mantry
przebijam się na drugą stronę
siebie
kruki krzyczą
wchodzę w las
coraz głębiej
coraz ciszej
wiosennie dziś
choć śniegu w bród
ptaki śpiewają
skaczą radośnie po gałęziach
dookoła krzyżują się ślady
setki nóg
sarny dziki wiewiórki
lis
opuszki palców
zmysłowo tulą drzewa
buki, parę jodeł
jakaś sosna
mijam ambonę
schodzę w dół
męskie, myśliwskie ślady
wczorajsze
pod moimi stopami
jakże inne nasze bycie
słońce srebrzy biel dookoła
ogrzewa mi twarz
rozświetla oczy
siadam
opieram plecy o niewielkiego buka
czuję rosnącą moc
ilekroć tu jestem
zbocze jest strome
przede mną wierzchołki drzew
dna jaru nawet nie widać
rośnie poczucie mocy
wolności
jasności
kłaniam się Ziemi
muskam śnieg
ustami
w tej błogosławionej chwili
rozpiera mnie
podniecenie
jestem u źródła
drzewo i ziemia są moim łóżkiem
dłoń zsuwa się
w
słodkie zakamarki
dotykam własnego lasu
szukam i odnajduję
rozkosz
śnieg mi dziś łóżkiem
oczy spoglądają w błękit nieba
przecięty zgrabnie koronami iglaków
i bezlistnych już gałęzi
jestem w Domu
i to jest rozkosz
kładę twarz na śniegu
a świat - Życie -
- najsubtelniejszy kochanek
kieruje mnie
ku błogości
zagryzam śnieg w skowycie
jest tylko to, co jest
śmieje się twarz do słońca
wracam do domu
cztery sarny wytyczają mi drogę
symbol łagodności
spogląda mi w oczy
bez lęku
wtulam się w starego buka
oddycham
oddycham
zaglądam w pustkę
wdzięczność lśni pod powiekami

